Misterna, z odpowiednią dozą tajemnicy kolejna powieść królowej kryminałów Agathy Christie. Autorka tworzy bardzo interesującą intrygę, w której od samego początku czytelnik opierać się musi na samych domysłach niż sprawdzonych faktach. W „4.50 z Paddington” zastosowano jeden z najczęstszych schematów w twórczości Agathy Christie. Jednakże nie obyło się bez paru innowacyjnych rozwiązań, które fabularnie pozwalają wyróżnić niniejszą powieść na tle innych. W przypadku zakończenia możemy mówić o iluzorycznym zaskoczeniu.
Nikt bowiem nie wierzy pewnej starszej pani, opowiadającej o morderstwie popełnionym w pociągu. Mimo zastrzeżeń do wiarygodności relacji – pani McGillicuddy widziała zdarzenie, podróżując innym pociągiem – śledztwo dla porządku zaczyna się … i szybko kończy. Zostaje ono wkrótce wznowione, a obiektem szczególnego zainteresowania staje się ekscentryczna rodzina Crackenthorpów. Panna Marple naprowadza stróżów prawa na tropy warte jej zdaniem sprawdzenia.
W większości powieści autorka stopniowo przyzwyczajała czytelników do biegu wydarzeń. Poznawaliśmy kolejne osoby wkrótce rozgrywającego się dramatu. Natomiast tragiczne zdarzenie niekiedy miało miejsce dopiero w połowie powieści. „ 4.50 z Paddington” już od pierwszych stron zrywa z tym schematem. Dosyć szybko, bo już w pierwszym rozdziale jesteśmy świadkami morderstwa. Warto wspomnieć, że morderczy czyn dokonany w pociągu jest małym nawiązaniem do innych powieści autorki z tzw. serii pociągowej (np. "Morderstwo w Orient Expressie"). Bynajmniej od pierwszych stron autorka nie idzie utartym schematem. Stopień uwagi oraz zainteresowania czytelnika zmienia się wraz z przebiegiem fabuły. Początkowo naszym zadaniem jest odkrycie miejsca ukrycia ciała. Dzięki osobie panny Marple szybko dochodzimy do tajemnicy domostwa Crackenthorpów. Interesującym jest, że większość odkryć odbywa się na podstawie domysłów oraz dedukcji niż rzeczywistych dowodów.
Po odnalezieniu ciała rzeczą wiadomą wydaje się wskazanie mordercy. Jednakże bardziej interesującą fabularnie kwestią jest ustalenie tożsamości ofiary. Wyraźnie widać, że Agatha Christie specjalnie przesunęła „ciężar” swej powieści właśnie w kierunku tej kwestii. Ten aspekt wyróżnia „4.50 z Paddington” od pozostałych powieści autorki. Odnośnie postaci to autorka tak jak zawsze zapoznaje nas ze wszystkimi osobami, które odgrywają kluczową rolę w powieści. Początkowo liczba członków rodziny Crackenthorpów oraz ich osobistych historii może być zbyt duża, lecz wraz z upływem kolejnych stron wszystko staje się bardziej klarowniejsze. Autorka wprowadza tylko kilka wątków głównych, których zadaniem jest naprowadzenie nas na właściwy trop. Być może pod względem akcji nic ciekawego się nie dzieje, lecz poziom niepewności oraz dociekania jest utrzymywany na stałym poziomie. Przez co czytelnik „zmuszony” jest do przewracania kolejnych stron, aby móc poznać kim była ofiara, co jest tym razem bardziej ważniejsze niż kto był sprawcą.
Odnośnie zbliżającego się zakończenia. Wprawdzie Agatha Christie wprowadza jeden zwrot akcji, który niszczy dotychczasowy punkt widzenia, lecz większość część książki napisana jest na jednostajnym poziomie. Dopiero, gdy zwiększa się liczba morderstw akcja momentalnie przyśpiesza. Agatha Christie bardzo długo każe czytelnikowi czekać na rozwiązanie. Zazwyczaj wcześniej ujawniała tożsamość mordercy, a ostatnie rozdziały poświęcane były motywom. W przypadku „4.50 z Paddington” zarówno motywy jak i tożsamość mordercy i pierwszej ofiary ujawnione zostają w ostatnim rozdziale.
Jak to ma miejsce w powieściach Agathy Christie, w których występuje panna Marple, decydującą rolę odgrywa na początku i na końcu powieści. Tak samo jest w przypadku tej książki. Przez jej większość część sędziwa staruszka wręcz nie występuje. Dopiero finale grande pokazuje ją w pełnej krasie. Sposób rozwiązania zagadki przez pannę Marple, zwłaszcza odegranie scenki ma wszelkie teatralne znamiona.
Jeszcze przy okazji samego zakończenia poruszę trzy kwestie. Pierwsza - tożsamość mordercy może wywołać zaskoczenie w przypadku nowicjusza w świecie kryminałów, lecz dla stałego czytelnika jest raczej do przewidzenia. Sądziłam, że Agatha Christie uczyni mordercą inną osobę z „giełdy” podejrzanych co wywołałoby moim zdaniem lepszy efekt. Druga kwestia – tożsamość pierwszej ofiary jest dużym zawodem, po takiej aurze tajemniczości oczekiwałam czegoś bardziej spektakularnego. Owszem logicznie zostaje wszystko wytłumaczone, lecz można mieć wrażenie, że jest trochę oderwana od reszty książki. Trzecia kwestia – motyw, tutaj autorka poszła na łatwiznę, jeśli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o...
Podsumowując - dobra powieść Agathy Christie z kilkoma ciekawymi rozwiązaniami. Interesujące przerzucenie stopnia zaciekawienia z tożsamości mordercy na tożsamość ofiary. Jednakowoż zakończenie mogło by być bardziej zaskakujące. Nie jest złe, lecz tożsamość ofiary pozostawia dużo do życzenia. Niemniej jednak, książkę polecam. Idealna na chłodne jesienne wieczory.
Nikt bowiem nie wierzy pewnej starszej pani, opowiadającej o morderstwie popełnionym w pociągu. Mimo zastrzeżeń do wiarygodności relacji – pani McGillicuddy widziała zdarzenie, podróżując innym pociągiem – śledztwo dla porządku zaczyna się … i szybko kończy. Zostaje ono wkrótce wznowione, a obiektem szczególnego zainteresowania staje się ekscentryczna rodzina Crackenthorpów. Panna Marple naprowadza stróżów prawa na tropy warte jej zdaniem sprawdzenia.
W większości powieści autorka stopniowo przyzwyczajała czytelników do biegu wydarzeń. Poznawaliśmy kolejne osoby wkrótce rozgrywającego się dramatu. Natomiast tragiczne zdarzenie niekiedy miało miejsce dopiero w połowie powieści. „ 4.50 z Paddington” już od pierwszych stron zrywa z tym schematem. Dosyć szybko, bo już w pierwszym rozdziale jesteśmy świadkami morderstwa. Warto wspomnieć, że morderczy czyn dokonany w pociągu jest małym nawiązaniem do innych powieści autorki z tzw. serii pociągowej (np. "Morderstwo w Orient Expressie"). Bynajmniej od pierwszych stron autorka nie idzie utartym schematem. Stopień uwagi oraz zainteresowania czytelnika zmienia się wraz z przebiegiem fabuły. Początkowo naszym zadaniem jest odkrycie miejsca ukrycia ciała. Dzięki osobie panny Marple szybko dochodzimy do tajemnicy domostwa Crackenthorpów. Interesującym jest, że większość odkryć odbywa się na podstawie domysłów oraz dedukcji niż rzeczywistych dowodów.
Po odnalezieniu ciała rzeczą wiadomą wydaje się wskazanie mordercy. Jednakże bardziej interesującą fabularnie kwestią jest ustalenie tożsamości ofiary. Wyraźnie widać, że Agatha Christie specjalnie przesunęła „ciężar” swej powieści właśnie w kierunku tej kwestii. Ten aspekt wyróżnia „4.50 z Paddington” od pozostałych powieści autorki. Odnośnie postaci to autorka tak jak zawsze zapoznaje nas ze wszystkimi osobami, które odgrywają kluczową rolę w powieści. Początkowo liczba członków rodziny Crackenthorpów oraz ich osobistych historii może być zbyt duża, lecz wraz z upływem kolejnych stron wszystko staje się bardziej klarowniejsze. Autorka wprowadza tylko kilka wątków głównych, których zadaniem jest naprowadzenie nas na właściwy trop. Być może pod względem akcji nic ciekawego się nie dzieje, lecz poziom niepewności oraz dociekania jest utrzymywany na stałym poziomie. Przez co czytelnik „zmuszony” jest do przewracania kolejnych stron, aby móc poznać kim była ofiara, co jest tym razem bardziej ważniejsze niż kto był sprawcą.
Odnośnie zbliżającego się zakończenia. Wprawdzie Agatha Christie wprowadza jeden zwrot akcji, który niszczy dotychczasowy punkt widzenia, lecz większość część książki napisana jest na jednostajnym poziomie. Dopiero, gdy zwiększa się liczba morderstw akcja momentalnie przyśpiesza. Agatha Christie bardzo długo każe czytelnikowi czekać na rozwiązanie. Zazwyczaj wcześniej ujawniała tożsamość mordercy, a ostatnie rozdziały poświęcane były motywom. W przypadku „4.50 z Paddington” zarówno motywy jak i tożsamość mordercy i pierwszej ofiary ujawnione zostają w ostatnim rozdziale.
Jak to ma miejsce w powieściach Agathy Christie, w których występuje panna Marple, decydującą rolę odgrywa na początku i na końcu powieści. Tak samo jest w przypadku tej książki. Przez jej większość część sędziwa staruszka wręcz nie występuje. Dopiero finale grande pokazuje ją w pełnej krasie. Sposób rozwiązania zagadki przez pannę Marple, zwłaszcza odegranie scenki ma wszelkie teatralne znamiona.
Jeszcze przy okazji samego zakończenia poruszę trzy kwestie. Pierwsza - tożsamość mordercy może wywołać zaskoczenie w przypadku nowicjusza w świecie kryminałów, lecz dla stałego czytelnika jest raczej do przewidzenia. Sądziłam, że Agatha Christie uczyni mordercą inną osobę z „giełdy” podejrzanych co wywołałoby moim zdaniem lepszy efekt. Druga kwestia – tożsamość pierwszej ofiary jest dużym zawodem, po takiej aurze tajemniczości oczekiwałam czegoś bardziej spektakularnego. Owszem logicznie zostaje wszystko wytłumaczone, lecz można mieć wrażenie, że jest trochę oderwana od reszty książki. Trzecia kwestia – motyw, tutaj autorka poszła na łatwiznę, jeśli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o...
Podsumowując - dobra powieść Agathy Christie z kilkoma ciekawymi rozwiązaniami. Interesujące przerzucenie stopnia zaciekawienia z tożsamości mordercy na tożsamość ofiary. Jednakowoż zakończenie mogło by być bardziej zaskakujące. Nie jest złe, lecz tożsamość ofiary pozostawia dużo do życzenia. Niemniej jednak, książkę polecam. Idealna na chłodne jesienne wieczory.

Naprawdę świetny kryminał i rzeczywiście, jeden z tych, których akcja ma miejsce w dużej mierze lub całkowicie w pociągu. Widać pociągi nie są wcale takie bezpieczne, jak to kolej ciągle opowiada xD I coś mi mówi, że wiele osób po takiej lekturze nie będzie już z taką lekkością jeździć pociągiem xD
OdpowiedzUsuńW sumie tytuł wydaje się nawiązywać do westernów, bo jeden z najbardziej znanych westernów zaczyna się właśnie od godziny odjazdu dyliżansu, który jak wiemy, był poprzednikiem pociągu. Ale sam kryminał jest napisany w stylu Christie, brytyjskie tereny, klimat nieco melancholijny, rzekoma sielanka, a pośród niej zimny i wyrachowany zabójca. Pozornie przepis na po prostu mistrzowski kryminał, co nie?
No, nie do końca, ponieważ niestety kryminał posiada kilka wad. Przede wszystkim to, o czym już wspominałem w innych recenzjach, to znaczy nadmiar postaci zebranych w jednym miejscu, które to postacie zdecydowanie nie są szczególnie mocno zarysowane i nie bardzo chyba umiemy ich od siebie odróżnić. W zasadzie, po prostu robią sztuczne tło i niekiedy niepotrzebnie wszystko komplikują. Dodatkowo jeszcze problemem było to, iż w przypadku panny Marple chyba Christie nie bardzo się chce, ponieważ w serii o Poirocie jakoś nadmiar postaci podejrzanych niespecjalnie przeszkadza, bo są one wyraźnie nakreślone i nawet jeśli początkowo się gubisz w ich liczbie, z czasem poznajesz, kto jest kim. Tutaj tego nie ma, nadmiar synów, córek, kuzynów, kuzynek et cetera psuje wszystko, podobnie jak i to, iż są oni niestety do siebie na tyle podobni, że po prostu głowa mała. Dlatego odnalezienie pośród nich zabójcy nie jest znowu takie proste i w zasadzie sam nadal jestem zdumiony, jak panna Marple do tego doszła.
No i właśnie, kolejny kryminał o pannie Marple, w którym panny Marple jest jak na lekarstwo. Tylko na początku i na końcu się pojawia. Chociaż nie powiem, osoba posłana przez nią na przeszpiegi też robi swoje i to nawet nieźle, ale wciąż mimo to brak mi rozmów z panną Marple, jakie powinna prowadzić. Brak mi powolnego i stopniowego analizowania faktów. Po prostu paniusia zdobywa dane, przekazuje wszystko pannie Marple, a ta analizuje to w kilka minut i już wyciąga królika z kapelusza w postaci rozwikłania zagadki. Nieco to dziwne i naciągane, Poirot brzmiał o wiele bardziej sensownie. Ja wiem, konwencja chyba nawiązywała do "PSA BASKERVILE'ÓW", ale i tak Doyle opisał to dużo lepiej, no i detektyw, choć nie pojawia się tak dużo, jak w innych kryminałach o Holmesie, to jednak ma większą rolę niż tylko zlecenie Watsonowi roboty i powrót dopiero na samym końcu jako deus ex-machina. Tutaj to zaś występuje i przyznam, nieco psuje mi całość konwencji.
Mimo to historia jest dobra i pasuje do klimatu serii o pannie Marple. Przeczytać warto, poznać też warto, ale do zachwytu jednak daleko, "NEMEZIS" już na ten przykład o wiele bardziej na to zasługuje. Ale kryminał jest dobry i warto go znać. Dodatkowo warto zauważyć, że Teatr Polskiego Radia poświęcił mu słuchowisko z Ireną Kwiatkowską w roli panny Jane Marple. Nieco krótki jak na taka powieść, ale warto znać, choćby dla znakomitej pani Kwiatkowskiej :)