Każdy zapalony czytelnik doskonale wie, jak to jest kiedy czytane książki zaczynają niebezpiecznie wciągać w swój świat, sprawiając że zapomina się o wszystkim dokoła, a czas zdaje się stawać w miejscu. Ja tak właśnie miałam z "Tropicielem", drugim tomem serii "Zapomniana księga". Czy dorównał on poprzednikowi? Zaraz Wam opowiem.
Główny bohater, Hubert, budzi się w Paryżu w ciele siedemnastolatka, a po tragicznym początku końca świata nie ma żadnego śladu. Gdy Luwr ponownie staje w ogniu, Hubert już wie, co ma zrobić. Wyznacza sobie jeden cel: musi zdobyć księgę, która pomoże mu w walce z demonami. Jednak bieg wydarzeń jest nieco inny, niż się spodziewał. Impuls elektromagnetyczny niszczy wszystkie urządzenia, tajemnicza choroba zaczyna zabierać coraz więcej ludzi, a co najdziwniejsze nigdzie nie widać demonów. Nikt nie traktuje poważnie ostrzeżeń chłopaka, jednak dramatyczne wspomnienia nie dają mu spokoju…
Czy skradziona z biblioteki księga pomoże przetrwać Hubertowi i jego bliskim? Czy tak jak wcześniej wywoła tragiczne skutki? Czy siedem lat to wystarczająco dużo czasu, żeby zmienić przyszłość?
W "Tropicielu" możemy przede wszystkim zaobserwować przyspieszony proces dorastania Huberta, który to proces musiał się zadziać ze względu na zewnętrzne okoliczności, zdecydowanie utrudniające beztroskę wieku nastoletniego. Jest świadomy siebie i odpowiedzialności za bliskie mu osoby, bez wahania decyduje się ratować resztki przeszłości i bronić przed nieznanym. Aż emanuje z niego odwaga, brawura, charyzma, chociaż potrafi też być przy tym spontaniczny i lekkomyślny, nieraz działając pod wpływem adrenaliny. Uparciuch ukrywający się pod maską twardziela. Uwielbia wszelkie prace fizyczne i nienawidzi tych umysłowych. Obsesyjnie poluje na wszelkie słowiańskie demony. To jego oczami śledzimy świat, dzięki czemu mamy lepszy wgląd w jego motywacje.
Warto również tutaj zwrócić uwagę na Ernesta, najlepszego przyjaciela Huberta. Obaj są swoimi totalnymi przeciwieństwami. Ich więź to przykład bezinteresownej i szczerej przyjaźni, na dobre i złe. Oczytany, czasami do bólu rozsądny, bystry, pełen energii i zapału do poznawania nowych rzeczy, gotów do wielu poświęceń w imię miłości i przyjaźni, za rodziną gotowy wskoczyć w ogień, co możemy choćby zaobserwować w jego stosunkach z młodszą siostrą Zuzią.
W tej książce autorka wyczula nas na to, jak ważna jest współpraca, zaufanie, przyjaźń i rodzina, jak niewiele potrzeba do szczęścia, jak wiele można razem osiągnąć, jak radzić sobie z przeciwnościami losu i utratą bliskich nam osób. Pokazuje, że życie to nie kolorowa i wesoła bajka, a sztuka trudnych kompromisów i wyborów, których konsekwencje trzeba ponosić, bo nie ma przed nimi ucieczki.
Możemy zaobserwować również w tej książce wątek akceptacji inności, nie tylko ludzi. Udowadnia, że stereotypowe myślenie krzywdzi, nakładając łatki bez dociekania prawdy. Ta książka przedstawia też zagadnienie narastającej agresji ludzi wobec ograniczonych zasobów dóbr wszelakich, chęć dominacji i zdobycia władzy.
Nie wolno również zapominać o wciąż obecnych w książce słowiańskich demonach, które nawet na moment nie dają o sobie zapomnieć. Niektóre z nich są szkodliwe i groźne, jak na przykład strzygi, ale są też takie nie czyniące człowiekowi żadnej krzywdy i żyjące z nim w przyjaźni, jak choćby owinnik (demon wyglądem przypominający nieco domowego kota). Można również zauważyć w powieści tzw. Dziki Gon, który niesie ze sobą paraliżujący wręcz strach i stratę. Fani serii o Wiedźminie zauważą tu mały ukłon w kierunku tejże serii oraz oczywiście w kierunku ludowych wierzeń. Chociaż podobnie jak w "Wiedźminie" możemy śmiało stwierdzić, że czasami gorszymi potworami od demonów są zwykli ludzie.
Książkę mogę śmiało polecić fanom klimatów postapo, słowiańskich biesów, tym lubiącym urbex i leśne wyprawy, niebezpieczne przygody oraz chwile filozoficznej zadumy nad sensem świata. Nie można jej sklasyfikować do jednej kategorii wiekowej, to książka dla wszystkich. Skłania nas wszystkich do refleksji m.in. nad tym czym jest przeznaczenie, jak wygląda przyjaźń, jak pogodzić się z utratą kogoś bliskiego, jak walczyć z własnymi demonami. Pokazuje nam również, jak bardzo zmieniliby się ludzie, gdyby nagle zabrano im całą technologię. Powinno to nas wszystkich skłonić do refleksji nad czasami obsesyjnym korzystaniem ze zdobyczy techniki. Nie mówię, że są niepotrzebne i nie ułatwiają życia. Tylko czasami korzystanie z nich może zmienić się w obsesję. I nad tym już trzeba się zastanowić. I z tą refleksją Was zostawiam.


