poniedziałek, 31 stycznia 2022

"Nikt nie jest tak ślepy jak ten, co nie chce widzieć" - "Podpalaczka" S. King

 

Zjawiska paranormalne oraz wydarzenia, które z jakiegoś powodu trudno wyjaśnić od zawsze mnie fascynowały. Dlatego nie może dziwić fakt, że po maratonie z fantastyką zdecydowałam się sięgnąć po tą właśnie książkę Kinga, która jest na swój sposób niesamowita i właśnie to postaram się pokazać w dzisiejszej recenzji.

Charlie McGee jest dzieckiem wyjątkowym, obdarzonym nadludzkim darem, zdolnością pirokinezy: potrafi siłą woli zdalnie rozniecić ogień. Rodzice dziewczynki, Vicky i Andy, uczestniczyli kiedyś jako ochotnicy w tajemniczym eksperymencie sponsorowanym przez tajną amerykańską agencję rządową, przybudówkę CIA zwaną Sklepikiem. Pozwalając sobie wstrzyknąć Próbę Sześć – rzekomo nieszkodliwą substancję halucynogenną, w rzeczywistości niebezpieczny środek chemiczny powodujący trwałe zmiany w przysadce mózgowej i chromosomach – zostali nieświadomie wyposażeni w niezwykłe talenty, obejmujące telekinezę, hipnozę i telepatię.

Daleko idące skutki eksperymentu kładą się cieniem na życiu poddanej nieustannej obserwacji rodziny McGee, zmieniając je w koszmar. Po zamordowaniu Vicky przez agentów Sklepiku, nie chcąc, by Charlie stała się kolejnym „królikiem doświadczalnym” CIA, Andy decyduje się na ucieczkę. Pościg za dwójką zbiegów prowadzi John Rainbird, zabójca na usługach Sklepiku, dla którego zabicie dziecka staje się celem samym w sobie. Czy Charlie użyje pirokinetycznej mocy, by ocalić siebie i ojca?

Książka wywołała u mnie szeroko rozumiane wypieki na twarzy. Akcja biegnie naprawdę szybko, choć można się przyczepić do nieco zbyt rozwlekłych opisów, jednakowoż mimo to nie zepsuło mi jak najbardziej pozytywnych wrażeń z lektury tego arcydzieła. Może nie jest to horror, do jakiego przyzwyczaił mnie King swoimi poprzednimi książkami, ale i tak wciągnął mnie na tyle bym pochłonęła ją w dwa dni. 

Jakie są jej plusy? Przede wszystkim należy zwrócić uwagę na to, że fabuła wymyślona przez Kinga jest świetna i jeśli mogłabym się jeszcze do czegoś przyczepić, to tylko do zbyt małego rozmachu w przedstawieniu działań Sklepiku. Moim zdaniem powinien być on bardziej przekonujący jako wszechwładna, bezlitosna rządowa organizacja manipulująca ludzkim życiem. Cała reszta oprócz tego małego mankamentu jest palce lizać. 

Dodatkowo charakteru książce dodaje motyw miłości ojca do dziecka. Czasami to uczucie wyniszcza, ale nie powstrzymuje go to przed uchronieniem córki za wszelką cenę.

Podsumowując moją recenzję, stwierdzam, że pozostawienie otwartego zakończenia to najlepsza rzecz, jaką mógł zrobić King na końcu tej książki. Temat jest według mnie wyczepany, ale niejasność zakończenia wprowadza w tym wszystkim arcyciekawą nutkę niepewności, która pozostawia czytelnikom szerokie pole dla wyobraźni. Serdecznie polecam!

niedziela, 30 stycznia 2022

"Najważniejsze na świecie jest to, co mieszka w w naszych sercach" - "Królestwo popiołów cz.2" S.J. Maas

 



Towarzyszyłam najsławniejszej zabójczyni w Adarlanie odkąd w wieku 25 lat zakochałam się w okładce, która wabiąc swoją prostotą, obiecywała mi niezapomnianą przygodę. Wspólnie z Celaeną, która później okazała się dawno zaginioną królową, rozwiązywałam tajemnice, knułam intrygi i walczyłam w pojedynkach, by w wieku 27 lat, czytając ostatnią stronę tej historii, z ciężkim sercem rozstać się z bohaterami, których zdążyłam zaliczyć do grona swoich książkowych przyjaciół.

Oba tomy mają trochę odmienny klimat. W pierwszym panuje aura żalu, bólu, beznadziei i ogólnego wyczekiwania. Mimo występującej w nim akcji odniosłam wrażenie, że jest to „cisza przed burzą”, która ma nas przygotować na huragan, który rozpęta się wraz z rozpoczęciem drugiej części. Wychodzi na to, że się nie pomyliłam, a wydawnictwu należy pogratulować podjęcia dobrej decyzji, podziału książki w odpowiednim momencie. Drugi tom jest jak wycieczka kolejką górską, podczas której cały czas odczuwamy mieszankę napięcia i strachu. W tym miejscu należy wspomnieć, że ta część ma zdecydowanie ciemniejszy koloryt, dodatkowo spotęgowany przez smutek i niepokój o losy swoich ulubionych bohaterów. Niemniej jednak prym w całym tym kalejdoskopie uczuć wiedzie ciekawość, która pcha czytelnika do przodu, prowadząc go poprzez góry i doliny emocjonalnego krajobrazu zbudowanego przez autorkę.

Teraz trochę o fabule, przez którą mam małego poksiążkowego kaca. W pierwszej kolejności chcę poruszyć temat dialogów, które do całej serii wnosiły dawkę świetnie wyważonego humoru, a których moim zdaniem było trochę za mało. Brakowało mi ciętego języka Aelin, przekomarzania się Doriana z Manon czy zabawnych uwag Fenrysa skierowanych pod adresem Lorcana. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że wydarzenia opisane w tej części nie sprzyjają humorystycznym przerywnikom, a autorka nie chciała niszczyć trywializmami parnego i dusznego klimatu zbliżającej się bitwy z siłami ciemności. Niemniej jednak miałam z tym niewielki problem, który trwał nieprzerwanie od pierwszej części ostatniego tomu. Ciężko było mi przyzwyczaić się do tego nowego standardu. I choć rozumiem powody takiego stanu rzeczy, to uznałam, że powinnam o tym wspomnieć, by dać wyraz swojemu niezadowoleniu. Autorka zdecydowanie za bardzo skupiła się na wewnętrznych przeżyciach bohaterów, na ich rysach i bliznach, na demonach, z którymi muszą się mierzyć, zapominając przy tym, że lekarstwem na traumy jest po prostu rozmowa z bliskimi.

Po drugie, relacje pomiędzy bohaterami. Zdaję sobie sprawę z tego, że czasami każdy z nas mówi rzeczy, które nie zawsze ma na myśli, ale w tej książce mają miejsce dwie sytuacje, w których bohaterowie posuwają się za daleko. Jedna dotyczy Aediona, który w przypływie gniewu mówi Lysandrze kilka bardzo raniących słów, wyrzucając ją przy tym z namiotu na śnieg, by w momencie, w którym w oczy zagląda mu śmierć, nagle uświadomić sobie, że bardzo ją kocha. Był to moment, w którym znienawidziłam Aediona za jego okrucieństwo, którego dopuścił się na niewinnej zmiennokształtnej, która honorowo dotrzymywała danego swojej przyjaciółce słowa. Następna taka sytuacja miała miejsce między Elide i Lorcanem. Nie zrozumcie mnie źle, uwielbiam wszystkie cztery postaci i rozumiem, że w gniewie mówi się rzeczy, których się później żałuje, jednak były to znaczące momenty, które przez wysokie nacechowanie emocjonalne miały ogromny wpływ na moje postrzeganie fabuły.

Po trzecie, zakończenie. Od ostatniej części oczekiwałam czegoś, co sprawi, że będę usatysfakcjonowana, odkładając ją na półkę. I mimo tego, że w „Królestwie popiołów” otrzymałam krwawe potyczki, spektakularną ostateczną bitwę i serdeczne romanse, to skończyło się na tym, że chciałam czegoś więcej. Autorka powinna lepiej podsumować niektóre wątki, które miały swój początek w poprzednich książkach. Przykładem może być wątek postaci Noxa, który pojawił się okazjonalnie w pierwszej części, by ostatecznie „zaginąć w akcji” w drugiej. Mam też zastrzeżenia do samego epilogu, który tak naprawdę nie wnosi do książki żadnej większej wartości. On po prostu jest, ale równie dobrze mogłoby go nie być. Sądzę, że Sarah J. Maas popełniła błąd, pisząc go w tak krótkim odstępie czasu od zakończenia wojny, w dodatku nie uwzględniając w nim nikogo poza Aelin i Rowanem. A co u Doriana i Manon? Co u Chaola i Yrene? Mimo że ich historie zostały w satysfakcjonujący sposób zapakowane w główną narrację, to bardzo chciałabym zobaczyć, jak radzą sobie kilka lat później, czego już się pewnie nie dowiem.

Muszę jeszcze wspomnieć o moim ogólnym odczuciu po przeczytaniu całości. Wcześniej napomknęłam, że nie odnalazłam spełnienia w zakończeniu, któremu moim zdaniem brakowało kropki nad i w słowie „koniec”. Wiele czasu zajęło mi uświadomienie sobie, że to, że książka nie zakończyła się tak szczęśliwie, jak większość z nas oczekiwała, nie jest wcale minusem. Mimo swojego niezadowolenia dostrzegam w tym pewną wartość. Gdyby wszystko skończyło się jednym wielkim happy endem, nie byłoby to prawdopodobne. Autorka zrobiła, co mogła, by nadać książce fantastycznej trochę realności, która wiąże się z bólem, stratą i tylko częściową satysfakcją. Niemniej jednak nie jest to moja ulubiona książka z całej serii, uważam, że pozostawia wiele do życzenia i może dlatego tak trudno jest mi pogodzić się z jej zakończeniem.

Z ciężkim sercem stawiam ostatnią kropkę w tej recenzji, która stanie się swego rodzaju pożegnaniem z serią, która już na zawsze będzie miała specjalne miejsce w moim sercu. To była wspaniała przygoda, za którą pozostaje mi tylko podziękować zarówno autorce, jak i zrządzeniu losu. Ten ostatni sprawił, że dwa lata temu bez reszty zakochałam się w okładce książki, która wabiąc mnie w księgarni, nakłoniła mnie do jej zakupu. Polecam serdecznie każdemu, kto chce przeżyć niezapomnianą życiową przygodę!

czwartek, 27 stycznia 2022

"Przeznaczenie przyniesie jej koronę" - "Królestwo popiołów cz. 1" S. J. Maas

 

W pierwszej części „Królestwa popiołów” autorka podzieliła bohaterów na niewielkie grupy, z których każda ma inną misję do wypełnienia i toczy przy tym swoje własne, małe wojny. Z kolei druga część dotyczy wszystkich. Bohaterowie, którzy dotrzymali danego Aelin słowa, przybywają do Terrasenu na wielką i ostateczną bitwę, która rozstrzygnie losy całej Erilei. Tak więc w tej recenzji skupię się na przybliżeniu wam wątków fabularnych, na które autorka podzieliła pierwszą część „Królestwa popiołów”, i losów przyporządkowanych im postaci. 

Zasadniczo wszyscy główni bohaterowie, których zdążyliśmy już poznać we wcześniejszych częściach, są podzieleni na pięć różnych grup, z których każda ma inne zadanie do wykonania. Perspektywa, z której dowiadujemy się o tym, co dzieje się w innych częściach Erilei, zmienia się wraz z rozpoczęciem nowego rozdziału, co zdecydowanie ułatwia rozeznanie się w prowadzonych narracjach.

Mamy więc możliwość towarzyszenia Manon i Trzynastce, które próbują odnaleźć i zwerbować porozrzucane po całym świecie wiedźmy Crochan oraz zjednoczyć je w słusznej sprawie z Czarnodziobymi, bądź poznać myśli młodego króla Adarlanu, który podróżując wraz z nimi, stara się poznać lokalizację trzeciego klucza Wyrda. Będziemy również maszerować w szeregu z Aedionem i ukrytą pod maską sławnej zabójczyni Lysandrą, którzy przygotowują armie na wielką bitwę o Terrasen. Prześledzimy losy Rowana, Elide, Lorcana i Gavriela, którzy wyruszyli, by odnaleźć przetrzymywaną przez Maeve młodą królową. Tak jak Fenrys będziemy naocznymi świadkami cierpień uwięzionej i zamkniętej w żelaznej trumnie Aelin.

Sarah J. Maas w zakończeniu swojej fenomenalnej serii postanowiła każdemu ze swoich książkowych dzieci dać możliwość zaistnienia i wykazania się w obliczu zbliżającej się wojny, fundując czytelnikom istny rollercoaster uniesień i wzruszeń, który towarzyszy nam od pierwszej strony powieści. Każdy wątek to mała cegiełka, która jest częścią spójnej i trwałej fabularnej konstrukcji, tworzącej logiczną całość. A wszystko za sprawą sytuacyjnych mostów łączących jeden wątek z innym. Czytając rozdział opowiadający o problemach, którym muszą podołać Chaol i jego towarzysze, jesteśmy świadkami efektów działań Doriana, o których czytaliśmy parę stron wcześniej. Wszystko to sprawia, że czujemy się jak bogowie z daleka obserwujący świat śmiertelników. Mamy wiedzę o wszystkim, co się dzieje, ale nie możemy ingerować w podejmowane przez nich decyzje.

Wiele postaci uległo przeobrażeniom – jednym wyszło to na dobre, innym niekoniecznie. Myślę, że największe zmiany zaszły w głównej bohaterce tej serii, jaką jest Aelin. Z pewnej siebie postaci, która niczego się nie boi i do wszystkiego podchodzi z drwiącym uśmiechem na ustach, stała się cieniem samej siebie. Zmiana, jaka w niej zaszła, była nieunikniona, zważywszy na wiele miesięcy tortur, którym była poddawana w niewoli u Maeve. Zapoznając się z opiniami innych czytelników, dostrzegłam pewną zależność, która miała miejsce w fanowskim środowisku. Otóż dla moli książkowych, którzy do tej pory nie przepadali za tą postacią i uważali ją za najsłabsze ogniwo tej serii, zachodząca w Aelin zmiana sprawiła, że zaczęli ją darzyć iskierką sympatii. Natomiast czytelnicy, którzy kochali i akceptowali tę bohaterkę w pełnej okazałości, wspólnie twierdzą, że z przykrością patrzyli na jej mentalny upadek. Ja niestety należę do tej drugiej grupy. Czytając rozdziały z perspektywy młodej królowej Terrasenu, odczuwałam ogromną stratę kogoś bardzo mi bliskiego. To nie jest Aelin, to nawet nie jest Celaena ze swoim złowieszczym uśmiechem na ustach, to jest ktoś całkowicie inny… Ktoś złamany, pokonany, zniszczony przez ból i stratę.

Trochę rozpisałam się na temat Aelin i może to kogoś mierzić, gdyż jest wiele postaci, które zasługują na swoje 5 minut w tej recenzji. Mogłabym pisać o Chaolu, który z gburowatego kapitana gwardii królewskiej przeobraził się w pełnego życia i kochającego męża, a wkrótce ojca. Mogłabym pisać o zranionym i osamotnionym Aedionie, który ze wszystkich sił stara się walczyć o Terrasen i ze swoimi uczuciami do Lysandry. O Lorcanie, który jest drugą postacią po Aelin, w której zaszły ogromne zmiany, tyle że w tym przypadku na plus. O Elide, która w końcu zaakceptowała miłość łączącą ją i Lorcana. O Dorianie, który z pyszałkowatego królewicza w końcu stał się królem na miarę całego Adarlanu. O Fenrysie i Gavrielu, o Trzynastce i Crochan, o wiernym i kochającym swoją królową Rowanie. Jednak w tej recenzji znalazłam miejsce jeszcze tylko dla jednej postaci, której losy sprawiły, że przy czytaniu miałam ciarki na całym ciele. Dla Manon.

Rozwój tej postaci całkowicie mnie zaskoczył. Bohaterka, którą brałam za marny substytut Celaeny, stała się kimś, kogo darzę ogromną sympatią i szacunkiem. Relacje Manon z Trzynastką czy z Abraxosem są wspaniałym obrazem przyjaźni i miłości, której Czarnodziobe ponoć nie odczuwają. Liderka skrzydlatych przeszła długą drogę, podczas której odnalazła nie tylko swoje przeznaczenie, ale również człowieczeństwo. Z prawej ręki matrony polującej na swoje rodaczki stała się godną królową Crochan, Królową Wiedźm, która dotrzymując innej królowej danego na plaży słowa, zebrała armię, która może odmienić losy tej wojny.

Zastanawiam się, co mogę wam jeszcze napisać, jak ubrać w słowa to, co działo się na stronach tej powieści. Daruję sobie namawianie was do czytania, bo wydaje mi się, że na tym etapie jest to daremne. Każdy, kto przeczytał poprzednie części, nie uśnie spokojnie, nie poznawszy zakończenia tej historii. Pamiętam, że po przeczytaniu pierwszej części „Królestwa popiołów” pocieszałam się, że to jeszcze nie koniec, że przede mną jeszcze jedna część. Tak więc pozostawiam was z tą nadzieją. Jeszcze nie czas na przybranie żałoby. Przed nami wielka bitwa. 

wtorek, 25 stycznia 2022

"Nie marnuj czasu i energii na rozmyślania o tym, co mogło wydarzyć się w przeszłości" - "Imperium burz" S.J. Maas

 

To, że Sarah J. Maas to mistrzyni świata fantasy, chyba już każdy wie. Cała seria "Szklany tron" to tak cudowne książki, że o matko. Jakiś czas temu skończyłam „Królową cieni” i od tamtej pory nie miałam okazji sięgnąć po kolejny tom. Jednak gdy tylko nadarzył się odpowiedni moment ku temu, od razu zaczęłam czytać. Pochłonęłam książkę w dwa dni i dopiero dziś ją skończyłam. Jeśli ktoś nie czytał poprzednich tomów, to polecam zejść na dół, do podsumowania, ponieważ spoilery z wcześniejszych części są raczej nieuniknione.

Król Adarlanu nie żyje, magia po dziesięciu latach – została wyzwolona, a Aelin i Aedion dotarli w końcu do swojej ojczyzny, do Terrasenu, razem ze swoimi przyjaciółmi. Jednak droga do tronu Aelin wcale nie jest tak łatwa, jakby się to wydawało. Przed dziewczyną stają nieoczekiwane trudności. Naiwnie myślałam, że królowa po prostu wjedzie do Orynthu i z miejsca wstąpi na tron... no cóż, to nie takie proste. Przede wszystkim, najpierw musi znaleźć sojuszników, uformować armię. Do tego jeszcze okazuje się, ze Dorian Havilliard jest w niebezpieczeństwie.

Nie zdradzam więcej z fabuły, ponieważ nie chcę Wam spoilerować. Musicie sami odkryć to, co tutaj się dzieje. Jeśli znacie Sarę, to pewnie się domyślacie, że dzieje się tu bardzo, ale to bardzo dużo. Dobra, wszystko pięknie, ale czy ktoś mi wyjaśni, jak ona to robi, że akcja pędzi już od pierwszych stron?! Jeśli myślicie, że będziecie mieli na początku czas, żeby się wgryźć w wydarzenia, to się mylicie. Od pierwszych stron zostajemy wrzuceni w sam środek wiru pełnego intryg, przygód, niebezpieczeństw, czy groźnych stworów. Nie ma czasu na nudę. Zero. Null. Ni ma.

Na początku mamy wątki z perspektyw kilku osób, jednak ich losy z biegiem czasu, coraz bardziej się splatają i coraz mniej tych pomniejszych narratorów jest. Każdy bohater ma istotne znaczenie w fabule. Poznajemy bliżej postacie Gavriela, Fenrysa, Lorcana, Elide, ale też pojawiają się nowe postacie, dobre czy też mniej. Fenrysa, mimo swojej arogancji, bardzo polubiłam, Gavriela również, natomiast Lorcana nie lubię. Nie po tym co zrobił. Autorka sięga do poprzednich tomów, a nawet (tak podejrzewam, bo ich nie czytałam jeszcze) do nowelek. Celaena Sardothien zwiedziła kawał świata i nawet jej przyjaciele, nie wiedzą, kto jeszcze za sprawą długu u niej, stanie się sprzymierzeńcem Terrasenu.

Sarah świetnie rozegrała wątek miłości Aelin i Rowana. Jest on taki subtelny, delikatny i nie odgrywa głównej roli w fabule. Co prawda, nie przepadłam w Rowanie zbyt mocno, ale i tak go bardzo polubiłam.

A Aelin, nasza cudowna Aelin. Pyskuje, knuje intrygi, niejeden raz szokuje swoich towarzyszy – no jak nie kochać jej i jej niewyparzonej gęby? Szacun dla autorki, za tak świetną postać żeńską. Czasami potrafi lekko zirytować, ale jej można to wybaczyć.

Z każdą kolejną książką, Sarah coraz wyżej podnosi sobie poprzeczkę. Każda jej książka jest coraz lepsza. To co się dzieje w piątym tomie, jest nie do ogarnięcia. Zakończenie... Ach to zakończenie. Kocham Maas i nienawidzę jej jednocześnie. Jak to u Maas bywa, znajdziecie tu mieszankę WSZYTKICH emocji. No ludzie, nawet łzy mi poleciały. Po skończeniu miałam ochotę wziąć i rzucić tą książką o ścianę. 

Cała książka trzyma w napięciu i jak się pewnie domyślamy – występują niespodziewane zwroty akcji. Wychodzą na jaw niektóre rzeczy z przeszłości, zazwyczaj szokujące. Niejeden raz drżenie o życie któregoś z bohaterów, miłość, która rodzi się wśród niebezpieczeństw.

Cóż ja mogę jeszcze powiedzieć? Myślałam, że emocje już opadły, ale nie. Nadal je odczuwam, nadal są. Nie mogę przestać myśleć o tej książce. Nie wiem, czy przekazałam wszystko to co chciałem, ale wiedzcie jedno – musicie to przeczytać. To było tak genialne, że brak słów. Polecam serdecznie!

niedziela, 23 stycznia 2022

"Twoje pierwsze wrażenie, gdy kogoś spotykasz, bywa najczęściej najsłuszniejsze" - "Czerwone gardło" J. Nesbo

 


"Czerwone gardło" to kolejna powieść Nesbø na naprawdę dobrym poziomie. Pisarz jak zwykle zaskoczy czytelnika niejednokrotnie. Atmosfera tajemniczości budowana jest tu od pierwszej do ostatniej strony, zagadka goni tu zagadkę, nieoczekiwane zwroty akcji, niebanalna i intrygujaca fabuła to, coś, co znajdziecie w każdej książce Nesbø i doskonale charakteryzuje jego twórczość.

Komisarz Harry Hole to samotnik i alkoholik, ale również świetny policjant. Tym razem ma przed sobą sprawę przemycanego do Norwegii karabinu snajperskiego Märklin, którego historia zaczęła się już w czasach II wojny światowej. Trop prowadzi komisarza w kręgi neofaszystów. Czy Hole stanie się po raz kolejny bohaterem całego śledztwa i uda mu się odnaleźć zamachowca? I przede wszystkim czy upora się ze swoimi mrocznymi tajemnicami?

Ta książka jest kulminacją połączenia wszystkich talentów Jo Nesbo! Znajduje się tu wszystko, czego szukam w literaturze i co mnie fascynuje w tego typu książkach. Wątek kryminalny łączy się ściśle z przeszłością, sięgającą czasów II wojny światowej. Dodatkowo odnajdujemy w tej książce wątki miłosne, i te zamierzchłe i te teraźniejsze, które przedstawione są w piękny sposób. 

Oprócz tego mamy do czynienia z pamiętnikiem, wspomnieniami z przeszłości, które rozjaśniają nam obraz teraźniejszości. Z tych wspomnień odgadujemy motywy bohaterów, poznajemy prawdziwy bieg wydarzeń i dzięki temu możemy dojść do wniosków i rozwiązań. 

W tej książce podobało mi się wszystko! Poznajemy Rakel, jej rodzinę i historię, widzimy szczęśliwego Harry'ego, który zostaje mianowany komisarzem i spotykamy się z utratą bliskiej mu osoby. Książka pokazuje również jak skorumpowana potrafi być policja, przyglądamy się nielegalnemu handlowi bronią i pościgowi za mordercą. 

Plątanie i przyspieszanie akcji poziom master, do końca miałam wrażenie, że czytam o innej osobie, będącej mordercą, a tu zaskoczenie! Polecam bardzo! 


niedziela, 16 stycznia 2022

"Doświadczenie pokazuje, że prawda często bywa trudna do ukrycia" - "Karaluchy" J. Nesbo

 

Moja przygoda z kryminałami skandynawskimi zaczęła się całkiem niedawno. Dzięki mojemu chłopakowi przeczytałam pierwszą część przygód o Harrym Hole "Człowiek Nietoperz". Okazało się, że mój ukochany trafił w 10 z podarunkiem, poszłam więc za ciosem i tym razem sama zakupiłam i mam za sobą "Karaluchy". Czy również podbiły moje serce?

Harry Hole nie ma czasu na odpoczynek. Tym razem zostaje wysłany do Tajlandii, gdzie w jednym z domów publicznych znalezione zostało ciało ambasadora Norwegii. Bangkok to miasto pełne tajemnic. Przemierzając jego ulice Harry musi szybko odnaleźć mordercę. Najlepiej gdyby udało się przy tym uniknąć skandalu, tylko jak tego dokonać, skoro na każdym kroku pojawiają się dziwne powiązania i tajemnice?

Jo Nesbo po raz kolejny mnie oczarował i wykiwał jednocześnie. "Karaluchy" w mojej ocenie wypadły nieco lepiej niż "Człowiek Nietoperz". Coraz bardziej autor odkrywa przed nami osobowość głównego bohatera, dzięki czemu łatwiej nam jest go zrozumieć. Uzależniony od alkoholu ale pomimo tego wybitny policjant. Połączenie wręcz niemożliwe a jednak!

"Karaluchy" to kryminał przy którym nie sposób się nudzić choć przez chwilę! Wraz z Harrym przemierzamy ulice i zakamarki Bangkoku starając się odnaleźć morderce nowskiego ambasadora. Wiele razy wydawało mi się nawet, że już jestem pewna na 100% kto za tym stoi... ale Jo Nesbo za każdym razem dawał mi pstryczka w nos udowadniając, że marny ze mnie śledczy. Cóż, pozostaje mi zbierać doświadczenie sięgając po kolejne części przygód Harrego.

Książki autorstwa Jo Nesbo powinny być obowiązkowe dla wszystkich. To nie jest zwykły kryminał. To kryminał skandynawski. Najlepszy z najlepszych. Żałuję, że tak długo zwlekałam z sięgnięciem po twórczość Jo Nesbo i cieszę się jednocześnie, że niedawno dzięki swojemu chłopakowi przełamałam swój upór. To była najlepsza decyzja jaką mogłam podjąć! Książkę serdecznie polecam!

poniedziałek, 10 stycznia 2022

"Ludzie nie rodzą się potworami, lecz takimi czyni ich świat" - "Pacjent" M. Czornyj

 

Max Czornyj to niezaprzeczalnie jeden z najlepszych polskich pisarzy. Jego niezwykle lekkie pióro i łatwość odnajdywania się w trudnych tematach zachwyciła już nie jednego czytelnika. Książki z serii o komisarzu Deryle ociekają brutalnością, a lekki język autora powoduje pewien realizm i czytelnik czuje się jakby stał obok dokonywanej zbrodni.

Komisarza Eryka Deryło nie trzeba nikomu przedstawiać. Komisarz starej daty jest znany ze swojego błyskotliwego umysłu oraz poświęcania pracy. Gdy pewnego wieczora odbiera telefon ze szpitala, że jego podwładna Tamara Haler uciekła ze szpitala i nie zaczekała na dokończenie badań, wie, że to nie wróży nic dobrego. Deryło rozpoczyna intensywne poszukiwania kobiety i szybko odkrywa, że zbliżające się godziny będą najcięższymi w jego życiu. Przyjdzie mu się zmierzyć z wieloma demonami i stanąć przed najtrudniejszymi życiowymi decyzjami. Komisarz dostaje telefon od porywaczy, którzy przetrzymują Tamarę. Ma tylko 12 godzin, aby spełnić ich żądania, gdyż w przeciwnym razie kobieta umrze. Czy komisarz po raz kolejny stanie na wysokości zadania i przechytrzy złoczyńców, ratując tym samym życie Tamary?

Komisarz Deryło to nie superbohater, który za punkt honoru bierze sobie zbawienie świata. To człowiek z krwi i kości, który wiele poświęcił, ale i wiele stracił. Otacza się wieloma dobrymi duszami, które są gotowe stanąć za nim murem i pomóc, nawet gdy o pomoc nie prosi. Max Czornyj po raz kolejny nie zawiódł, kreując antagonistów. Są przebiegli, wyrafinowani i wywołują ciarki na ciele czytelnika. Już nie po raz pierwszy autor zasiewa w bohaterach kiełkujące ziarenko niepewności, zmuszając tym samym nas czytelników do refleksji, czy tej postaci możemy ufać, czy lepiej trzymać się od niej z daleka.

Najnowsza książka o komisarzu Deryło nieco różni się od pozostałych. Nie ma porzuconych zwłok, nie ma grasującego seryjnego mordercy, a jest przerażenie i walka z czasem, aby ocalić życie uprowadzonej Tamary. Komisarz musi zmierzyć się z własnymi wartościami i zrobić ich szybką kalkulację. Jedno jednak jest niezmienne w książkach, wychodzących spod pióra Pana Maxa, a mianowicie akcja, która nie zwalnia ani na moment. Od pierwszej do ostatniej strony czytelnikowi towarzyszy literacka zadyszka. Żaden moment książki nie nuży, a przyjemny dla oka styl pisarza sprawia, że przez książkę dosłownie się płynie. Nie ma zbędnego filozofowania, a jedynie ciekawie toczące się śledztwo, które ma doprowadzić do uwolnienia Tamary. Książka trzyma w napięciu do samego końca. Autor podsuwa wiele wątków, fałszywych tropów, które mydlą oczy i powodują przyjemną dezorientację. Mimo że czasami zdarzyło mi się przetrzeć oczy ze zdumienia, że takie rzeczy mogą mieć miejsce, to lektura była przyjemnością i prawdziwą jazdą bez trzymanki. Jeżeli sądziłam, że Max Czornyj nie jest w stanie mnie już niczym zaskoczyć, to grubo się pomyliłam.

Podsumowując, najnowsza powieść Czornyja to kwintesencja wszystkiego, co cenimy sobie w twórczości tego pisarza. Intensywna akcja, przebiegły antagonista, błyskotliwy Deryło i zakończenie, które możemy interpretować na swój sposób. Polecam serdecznie! 

wtorek, 4 stycznia 2022

"Strach przed śmiercią istnieje tylko wtedy, gdy się o niej myśli" - "Krew" M. Czornyj

 

Max Czornyj nieustannie przekracza kolejne granice okrucieństwa, z niezwykłą precyzją próbując przy tym znaleźć odpowiedź, co popycha człowieka do tego. Tak też samo, a może bardziej zrobił to w "Krwi" - ósmym już tomie o komisarzu Eryku Deryło i podkomisarz Tamarze Haler.

Na jednym z lubelskich osiedli w przerażający sposób zostaje zamordowana młoda kobieta, a morderca zostawia na miejscu upiorną wiadomość. Nie wiadomo kto ma być jej adresatem. Sprawa zostaje przydzielona komisarzowi Deryło i Tamarze Haler. Krąg podejrzanych rozszerza się nawet o jednego z funkcjonariuszy policji. Kiedy pojawia się kolejna ofiara sprawa jeszcze bardziej się komplikuje. Wszystko wskazuje na to, że szaleniec zaczął polowanie. A Deryło i Haler są w gronie osób, którymi się interesuje.

Niezmiennie styl pisania autora bardzo do mnie przemawia. Książkę czyta się jednym tchem, a jej fabuła niezwykle wciąga. Zdecydowanie można ją pochłonąć w jeden wieczór. Znajdziemy w niej liczne opisy przemyśleń zarówno osób prowadzących śledztwo, jak i samego mordercy. Warto zaznaczyć, że autor nie stroni od brutalnych opisów, które nie będą odpowiednie dla osób wrażliwych.

Bohaterowie są niezwykle ciekawi. Komisarz Deryło niezmiennie swoją oschłością, ale też humorem sprawia, że kibicujemy mu podczas śledztwa. Tamara coraz bardziej mnie do siebie przekonuje, choć początkowo nie uznawałam jej za wyjątkową postać. Z każdym kolejnym tomem czuję coraz większy sentyment do tej dwójki bohaterów. Relacje między bohaterami są bardzo interesujące. Sam morderca w tym tomie nie był moim ulubionym, jakkolwiek to brzmi. Zauważyłam też, że pewne schematy w jego działaniu były podobne do tych zaprezentowanych w poprzednich tomach.

Akcja budowana była stopniowo i z każdą kolejną stroną zwiększała tempo, by dotrzeć do momentu kulminacyjnego. Jest to zdecydowanie jeden z tych ,,szybszych" kryminałów, w których znajdziemy ciągłą akcję. Fałszywe tropy, które podrzucał autor, były dobrze dawkowane i podrzucane w idealnych momentach. Zagadka okazała się zaskakująca i bardzo ciekawa, chociaż pojawiały się w niej już pewne elementy, które występowały w poprzednich tomach. Zakończenie również było bardzo dobre i jak to zwykle bywa u Czornyja, sprawiło, że z radością zagłębię się w kolejnym tomie przygód komisarza i Tamary. Niezmiennie polecam tą serię!

sobota, 1 stycznia 2022

"To nie ból, lecz strach przed bólem zmusza człowieka do uległości." - "Łowcy głów" J. Nesbo

 


Jo Nesbø to najbardziej znany norweski autor powieści kryminalnych. Zasłynął wydaniem kilkutomowego cyklu o śledczym Harrym Hole. Wielokrotnie jego twórczość górowała na listach bestsellerów, a sam autor był nagradzany w Norwegii i za granicą. W tej recenzji poświęcę uwagę zupełnie odrębnej powieści tego autora pt. "Łowcy głów", również otrzymanej w prezencie gwiazdkowym od tej samej osoby bardzo bliskiej mojemu sercu.

Główny bohater, Roger Brown, jest renomowanym łowcą głów, znanym na skalę całego Oslo. Nie bez powodu tak jest, gdyż jego zdolność analitycznego myślenia i znajomość natury człowieka oraz jej wykorzystywanie jest wręcz stworzone dla tej profesji. Łowca głów to zawód polegający na dopasowaniu potencjalnego kandydata na odpowiednie stanowisko pracy oferowane przez klienta. Kiedy bohater na początku historii zapoznaje czytelnika z własnym życiem, to własnie między innymi ukazuje swój zawód od kuchni. Dysponuje dużym, wystawnym domem i ma żonę, którą bardzo kocha. I to tak bardzo, że ofiarowywuje jej galerię sztuki, o której zawsze marzyła. Z pozoru takie standardy świadczą o wystawnym i beztroskim życiu bohatera, lecz w rzeczywistości utrzymanie tego dobrobytu jest ponad jego możliwości. Jaki jest tego motyw? Motyw zbyt drogiego życia? Właśnie dzięki temu zagadnieniu powstaje ta historia.

Aby zapewnić sobie upragnioną stabilizację finansową, Roger dorabia na boku w sposób dość nielegalny. Mianowicie przy pomocy pewnego pracownika cenionego biura ochrony kradnie kosztowne dzieła sztuki. Proceder nie sprawia żadnych kłopotów, jednak tylko do czasu. Wszystko zmienia się w momencie spotkania sprytniejszego od niego i pozbawionego skrupułów Holendra Clasa Greve. Jak zachowa się profesjonalny head hunter, kiedy to role się odwrócą i ktoś zacznie polować tym razem na jego głowę?

Nesbø nadał powieści zawrotną akcję, która sprawia, że czytelnik nie ma czasu na nudę. Mimo krwawych scen potrafi momentami doprowadzić do śmiechu. To zasługa genialnej pierwszoosobowej narracji, gdyż bohater swoim autoironicznym sposobem bycia potrafi każdy, nawet najgroźniejszy moment w swoim życiu, przeobrazić w zabawną sytuację. Dodatkowym szczegółem, który również można potraktować jako swoistą "kropkę nad i", są złote myśli Browna. Zdradzają nam jego perspektywę patrzenia na świat, równocześnie zbliżając nas do jego samego.

Czytając tę książkę, otrzymałam dużą porcję sensacji pomieszanej z thrillerem, którą tak bardzo lubię w książkach i której też od dawna potrzebowałam. Dobrze ukryte i pogmatwane tajemnice połączone z lekkością czytania, jak na porządny kryminał przystało, trzymały mnie w napięciu do ostatniej strony.

Podsumowując, "Łowcy głów" to świetna i dość nietypowa powieść kryminalna opowiadająca o tym, jak wysokie mniemanie o sobie oraz zabijanie poczucia winy pieniędzmi, mogą zaprowadzić człowieka w ślepą uliczkę. Gorąco polecam ją tym, którzy potrzebują przedniej rozrywki, ciągłych zagadek oraz odrobiny śmiechu.

"Dochowanie wierności swoim marzeniom wymaga ogromnej siły" - "Pamiętnik" N. Sparks

  O Nicholasie Sparksie słyszał już chyba każdy, jeżeli nie to jestem w szoku. Otóż jest to amerykański pisarz światowych bestsellerów z któ...