Czy Christie nie porwała się z motyką na Słońce, tworząc sztukę, której akcję rozegra jednego dnia, w jednym pomieszczeniu i to jeszcze bez udziału szlachetnego Poirota lub choćby dziergającej na drutach panny Marple? Ależ skąd! Królowa Kryminału pokazała klasę, robiąc z morderstwa może lekką farsę, ale jakże przyjemną w odbiorze.
Klarysa ma bujną wyobraźnię. Myślę, że to kuzynka Ani z Zielonego Wzgórza, która potrafi tak zręcznie jak ona tkać niestworzone historie, które rzekomo jej się przytrafiły. Przez to, że ciągle zmyśla, mało kto wierzy w jej słowa i to wpędza ją w tarapaty, kiedy pewnego wieczoru za sofą w salonie znajduje trupa mężczyzny, z którym chwilę temu rozmawiała. No i zaczynamy rozwijać pajęczynę kłamstw i niedomówień…
Wiele wątków, jeden dzień i tylko jeden trup – to się może udać, kiedy zabierze się za to Christie. Podawanie fałszywych nazwisk znanych osobistości, tuszowanie morderstwa brydżem, wędrujący nieboszczyk, autograf królowej Wiktorii, narkotyki, a przede wszystkim duuuża kasa, to tylko przedsmak tego, co grają w tej krótkiej sztuce, na jednej scenie z niewielką modyfikacją dekoracji. Przy tym nie zabraknie śledztwa, prowadzonego co prawda przez jakiegoś nijakiego inspektora, ale równie ciekawego, jak w przypadku fabuł z udziałem wybitnych agacianych śledczych.
W „Pajęczynie” jest… śmiesznie. Zdecydowanie nie brakuje humoru i lekkości, przez co natłok wydarzeń i osób nie jest uciążliwy, tylko włazi do głowy czytelnikowi, jak po maśle. Na pewno ciekawymi postaciami są bystra i wszędobylska, ciągle nienażarta miłośniczka czekoladowego kremu pasierbica Klarysy – Pippa, a także jowialna ogrodniczka panna Peak, która pomysłowością nie grzeszy, zwłaszcza jeśli chodzi o krycie swojej pani. Są to na pewno jaśniejące punkty na tle i tak barwnej palety interesujących postaci, które udało się zmieścić w tej niewielkiej książeczce, unikając jakiś bezsensów i nielogicznych scen.
To naprawdę przyjemny i lekki kryminał, który wręcz chciałoby się zobaczyć na deskach teatru, bo w końcu z takim założeniem w 1954 roku pisała go Agatha. Ciężko porzucić czytanie po jednym rozdziale, bo tak sprytnie się kończą, że jeśli chce się poznać szczegóły, cóż… trzeba czytać dalej. Mam nadzieję, że na „Pajęczynę” złapię się niejeden zabłąkany robaczek, który nie jest przekonany do twórczości Królowej Kryminału, uznając szeleszczące suknie, mozolne śledztwa i klimat tamtych lat za nudę. Życzę pozytywnego zaskoczenia, bo są ku temu duże szanse. I oczywiście serdecznie polecam!
Klarysa ma bujną wyobraźnię. Myślę, że to kuzynka Ani z Zielonego Wzgórza, która potrafi tak zręcznie jak ona tkać niestworzone historie, które rzekomo jej się przytrafiły. Przez to, że ciągle zmyśla, mało kto wierzy w jej słowa i to wpędza ją w tarapaty, kiedy pewnego wieczoru za sofą w salonie znajduje trupa mężczyzny, z którym chwilę temu rozmawiała. No i zaczynamy rozwijać pajęczynę kłamstw i niedomówień…
Wiele wątków, jeden dzień i tylko jeden trup – to się może udać, kiedy zabierze się za to Christie. Podawanie fałszywych nazwisk znanych osobistości, tuszowanie morderstwa brydżem, wędrujący nieboszczyk, autograf królowej Wiktorii, narkotyki, a przede wszystkim duuuża kasa, to tylko przedsmak tego, co grają w tej krótkiej sztuce, na jednej scenie z niewielką modyfikacją dekoracji. Przy tym nie zabraknie śledztwa, prowadzonego co prawda przez jakiegoś nijakiego inspektora, ale równie ciekawego, jak w przypadku fabuł z udziałem wybitnych agacianych śledczych.
W „Pajęczynie” jest… śmiesznie. Zdecydowanie nie brakuje humoru i lekkości, przez co natłok wydarzeń i osób nie jest uciążliwy, tylko włazi do głowy czytelnikowi, jak po maśle. Na pewno ciekawymi postaciami są bystra i wszędobylska, ciągle nienażarta miłośniczka czekoladowego kremu pasierbica Klarysy – Pippa, a także jowialna ogrodniczka panna Peak, która pomysłowością nie grzeszy, zwłaszcza jeśli chodzi o krycie swojej pani. Są to na pewno jaśniejące punkty na tle i tak barwnej palety interesujących postaci, które udało się zmieścić w tej niewielkiej książeczce, unikając jakiś bezsensów i nielogicznych scen.
To naprawdę przyjemny i lekki kryminał, który wręcz chciałoby się zobaczyć na deskach teatru, bo w końcu z takim założeniem w 1954 roku pisała go Agatha. Ciężko porzucić czytanie po jednym rozdziale, bo tak sprytnie się kończą, że jeśli chce się poznać szczegóły, cóż… trzeba czytać dalej. Mam nadzieję, że na „Pajęczynę” złapię się niejeden zabłąkany robaczek, który nie jest przekonany do twórczości Królowej Kryminału, uznając szeleszczące suknie, mozolne śledztwa i klimat tamtych lat za nudę. Życzę pozytywnego zaskoczenia, bo są ku temu duże szanse. I oczywiście serdecznie polecam!
Kolejny kryminał, który znam jedynie z tytułu. Widzę, że warto to zatem zmienić i poznać to dzieło, chociaż mam co do niego poważne obawy. Ostatecznie Christie nie zawsze umiała skutecznie przerobić napisanej przez siebie sztuki na powieść kryminalną. Powieść "CZARNA KAWA" o Poirot jest tego najlepszym dowodem. Nie mówię oczywiście, że to zła książka, jest naprawdę dobra, ale rozwiązanie nieco zawodzi i widać, że to było pierwotnie sceniczne dzieło i dlatego pewien brak w tej książce jest. Nie wiem, jak jest tutaj, bo nie czytałem, ale muszę kiedyś to zmienić i coś mi mówi, że raczej nie będę zawiedziony. Bo ostatecznie to Królowa, a ona nigdy nie zawodzi. A jeśli nawet, to tylko nieco, bo ostatecznie mimo wszystko jej dzieła są warte tego, aby je znać i do nich wracać, nawet wtedy, gdy się pamiętam, kto i dlaczego zabił :)
OdpowiedzUsuń