środa, 4 sierpnia 2021

"Często nienawiść sama sobie zadaje rany" - "Władca Pierścieni: Dwie Wieże" J.R.R. Tolkien

 


Tolkien to niezaprzeczalnie mistrz w swojej dziedzinie. Stworzył fantastykę, która stała się kanonem dla późniejszych twórców. Dla mnie również jest wzorem do naśladowania, a jego wyobraźnia to rzecz godna grzechu. 
W "Dwóch wieżach"  fabuła nie jest prowadzona jednotorowo. Księga trzecia to przeplatające się losy Merrego i Pippina z jednej strony oraz Aragorna, Legolasa i Gimliego z drugiej. Dzięki temu mamy okazję za sprawą pierwszych wkroczyć do Fangornu i poznać Drzewca, by następnie towarzyszyć jemu i pozostałym Entom w oblężeniu Isengardu; oraz śladem drugich przemierzyć ziemię Rohirrimów, stanąć przed obliczem Króla Władców Koni i razem z nim iść w bój. W tym tomie, w tej księdze zderzają się dwa światy: fantastyczny i ludzi. Oba idealnie się dopełniają.
Księga czwarta opisuje zmagania Froda i Sama. Muszę przyznać, że ku memu kompletnemu zaskoczeniu, ta część zdecydowanie bardziej przypadła mi do serca. Jest w przyjaźni tych dwojga hobbitów coś, czego nie mogę dobrze ubrać w słowa. Czytając, nie ma się wrażenia bycia wyłącznie obserwatorem czy towarzyszem jak miało to miejsce do tej pory i ma w przypadku pozostałych bohaterów. Tutaj doświadcza się pewnego rodzaju intymności; poczciwego przywiązania i niezłomnego polegania na sobie nawet w obliczu końca świata. Winien temu Tolkien, który w tak prosty, aczkolwiek ujmujący sposób opisał wewnętrzne rozterki bohaterów, jak też ciężar stopniowo przejmującego kontrolę Pierścienia. A wszystko to w posępnej, nie wróżącej szczęśliwego zakończenia scenerii.
Dwutorowa konstrukcja daje autorowi dodatkowe możliwości i on to wykorzystuje, tworząc uniwersum przebogate. Ja jednak chciałabym widzieć tu więcej charakteru Legolasa, Gimliego i paru innych postaci, które zostają niesłusznie odsunięte w cień. Aragorn dostaje więcej pola do popisu, ale często zachowuje się zbyt wyniośle, bym mogła go polubić. Na dodatek przy każdej nadarzającej się okazji przechwala się mieczem (i to żaden eufemizm). Momentami jeszcze rażą patetyczne dialogi, ale na szczęście im więcej się dzieje, tym naturalniej wszystko wypada. Jeśli poza tym miałabym sobie czegoś życzyć, to większego rozmachu przy scenach walki. Miejsce poświęcone opisowi otoczenia jest nieproporcjonalnie większe względem tego poświęconego bitwie. Są dobre pomysły, odważne kroki, ale czegoś jeszcze brakuje, gdzieś tam pozostaje pewien niedosyt.
Podsumowując, książka ta w niezwykły sposób porusza tematy przyjaźni, nadziei, walki o przetrwanie czy odwagi, przenosząc swoich czytelników na stary i znajomy teren, który bardzo mi się podobał. Historia kompletnie mnie wciągnęła i sprawiła, że nie mogłam się oderwać od niej nawet na minutę, a jeśli już musiałam, to chciałam jak najszybciej wrócić, spragniona poznania dalszych losów bohaterów. A zatem nie przedłużając, serdecznie polecam "Dwie wieże" i z radością zabieram się za "Powrót Króla". 

1 komentarz:

  1. Druga część znakomitej trylogii, to znaczy trylogii umownej, ponieważ sam Tolkien tego za trylogię nie uważał, tylko za jedną powieść, którą podzielił na trzy część i sześć ksiąg. Swoją drogą, naprawdę chciało mu się trzy razy tyle stron, ile miał "HOBBIT", a nawet więcej? Naprawdę był ambitny i owoce jego ambicji pisarskich możemy podziwiać do dzisiaj. Bo ta powieść jest po prostu rewelacyjna.
    Swoją drogą, to dzisiaj ta książka stała się popularna dzięki ekranizacji w wykonaniu Petera Jacksona. Wcześniej ta książka była i co? Jakoś nie bardzo wszyscy za nią wariowali. Znaczy lubili ją, byli nawet wielbiciele, ale nie było ich aż tylu, co obecnie. Ekranizacja Petera Jacksona zatem zrobiła swoje, czyli rozpropagowała powieść Tolkiena. Oczywiście wprowadziła też nieco zmian w fabułę, przez co ci, co nie znali książek, mogą być zdumieni, gdy po obejrzeniu filmów je wreszcie przeczytają. Bo zmian jest sporo.
    O ile w pierwszej części trylogii filmowej Jacksona nie było zbyt wiele zmian, a w każdym razie nie takich rażących, to w drugiej już poszli po bandzie. Rozwinęli mocno wątek walki Sarumana z Rohanem, sam Saruman w filmie mocno przypomina Hitlera, dodano sobie motyw wygnania Eomera, rozwinęli postać Eowiny, z Faramira zrobili dupka zazdrosnego o to, że Boromir był zawsze ulubieńcem ojca i dopiero później zmieniającego się na lepsze, jak również za bardzo chwilami rozwinęli rozdwojenie jaźni u Golluma. Wskutek tego wszystkiego zabrakło w filmie miejsce na rozprawę z Sarumanem i zdobycie palantiru, jak również spotkanie z Szelobą i pojmanie Froda. Wszystko to przenieśli do trzeciego filmu. Na szczęście w książce mamy to wszystko ukazane w tej części, czyli tak, jak to sobie zaplanował nasz mistrz Tolkien.
    Swoją drogą, mnie się osobiście bardziej podoba historia z Księgi Trzeciej, czyli walka Aragorna i paczki z Sarumanem. Swoją drogą, to plus dla filmów, że rozwinęli znacznie postać Legolasa i Gimlego, w książce nieco też ich rozwinęli, choć mniej, a szkoda. Owszem, niekiedy bohaterowie mówią dość patetycznie, ale głównie robią to Theoden i Aragorn, a to królowie, zatem nawet to do nich pasuje. No i jeszcze Gandalf, który powraca z zaświatów, aby dokończyć misję. On też mówi nieraz patetycznie, ale pasuje to do niego. I jak zwykle, znowu mówi zagadkami, co idealnie pasuje.
    A swoją drogą, pamiętam doskonale, jak podczas wspólnego seansu trylogii Petera Jacksona, oczywiście w wersji reżyserskiej, bardzo się bałaś Szeloby i musiałem przewijać sceny z pająkiem, ponieważ masz stracha przed pająkami. Jestem ciekaw, czy nadal go masz? I czy czytając bałaś się sceny walki z Szelobą, bo jak wiemy, masz bogatą wyobraźnię i umiesz sobie wyobrazić, jak ona wyglądała i na pewno nie było to łatwe nie bać się takiej sytuacji. Dobrze mniemam?
    Recenzja bardzo przyjemna i liczę na to, że niedługo pojawi się recenzja trzeciej części, a potem recenzja "HOBBITA". Będzie to dla mnie prawdziwą przyjemnością.
    A przy okazji zauważyłaś, że to w adaptacji tej części zaczęło się to, co powtarzał potem Jackson w kolejnych filmach, czyli robienie z Legolasa maszynki do zabijania wrogów, koszącej ich w sposób doskonały i do tego nigdy mu nie brakuje strzał w kołczanie. To stało się tak zabawne, że pada obecnie ofiarą całej masy żartów i memów. A wszystko zaczęło się od adaptacji "DWÓCH WIEŻ". Swoją drogą, piękne to były czasy, gdy "DWIE WIEŻE" jeszcze się nikomu nie kojarzyły tylko z Word Trace Center, jak się nabijał gościu w Szyderczej Retrospektywie, w odcinku o "WŁADCY PIERŚCIENI" :)

    OdpowiedzUsuń

"Dochowanie wierności swoim marzeniom wymaga ogromnej siły" - "Pamiętnik" N. Sparks

  O Nicholasie Sparksie słyszał już chyba każdy, jeżeli nie to jestem w szoku. Otóż jest to amerykański pisarz światowych bestsellerów z któ...