W swoim dorobku Agatha Christie ma ponad 90 powieści i wiadomo, zdarzały się pozycje słabsze i lepsze. Ale do tych najbardziej kultowych należy zaliczyć właśnie te, w których główne skrzypce grają ciekawska panna Marple i z lekka arogancki Herkules Poirot. Tym razem w moje ręce wpadł ostatni już tom przygód sympatycznego Belga.
Schorowany Poirot powraca tam, gdzie wszystko się zaczęło. A tam, gdzie pojawia się ten niski detektyw, zawsze pojawia się i zbrodnia. Tym razem nie jest inaczej, a jego towarzyszem zostaje stary przyjaciel, które również poznaliśmy w pierwszym tomie przygód Herkulesa – „Tajemniczej historii w Styles”. I to właśnie Hastings ma się stać oczami i uszami Poirota, który nie jest już w stanie poruszać się samodzielnie. W ten sposób jako czytelnicy uczestniczą, w dość metaforycznym można rzec, przekazaniu pałeczki. Herkules cierpliwie mentoruje i daje wskazówki swojemu mniej doświadczonemu i spostrzegawczemu koledze, a jednocześnie również czytelnikowi, który łamie sobie głowę, żeby złapać mordercę, nim ten uderzy ponownie, lub rozpłynie się i zniknie.
Tylko ona mogła napisać mu taki koniec, który w nawet zatwardziałych czytelnikach wzbudzi smutek, a może nawet małą łezkę w kąciku oka. Królowa Kryminału dała swojemu bohaterowi zakończenie doskonałe. Ostateczne starcie między dwoma bardzo inteligentnymi jednostkami, a jednocześnie walka o sprawiedliwość, która nie zawsze jest do końca zgodna z sumieniem i zapisanymi prawami.
Jestem nawet w stanie pokusić się o stwierdzenie, że jest to jedna z najlepszych powieści Agathy Christie. Przesycona niepowtarzalnym klimatem nieuchronnego pożegnania, które czytelnik jakoś podświadomie wyczuwa, otaczającego naszych bohaterów zepsucia, misternie utkanej intrygi oraz prawdziwie brytyjskiego kryminały z krwi i kości. Autorka ponownie prowadzi nas znajomymi już szlakami, które poznaliśmy w pierwszej książce o Poirocie i ukazuje to, w jaki bezlitosny sposób upływa czas, którego nie da się zatrzymać. To idealne zwieńczenie przygód tego belgijskiego detektywa. Polecam serdecznie!
To rzeczywiście jedna z najlepszych powieści o Poirot, ale też jednocześnie najsmutniejsza z powodu zawartego w niej zakończenia. Wiem, że miało to być ostateczne zwieńczenie przygód naszego ulubieńca, ale mimo wszystko to, w jaki sposób zostało ono ukazane wyciska nam z oczu łzy. Dobrze wiemy, że każda postać kiedyś musi odejść, ale mimo wszystko jednak nie zawsze chcemy o tym czytać. Wolimy wierzyć, że osoba nam bliska zawsze z nami zostanie i nigdy jej nie stracimy. W sumie tak jest, bo zawsze żyje ona w naszych sercach, ale nie jest to przecież to samo. Mimo to powieść ciekawie się czyta. Idealnym pomysłem było umieszczenie akcji powieści w Styles, czyli tam, gdzie wszystko się zaczęło. Tam się wszystko zaczęło i tam się wszystko zakończyło. I oczywiście początek serii opisał nam w swoich pamiętnikach kapitan Arthur Hastings i to on też opisał nam jej zakończenie. Jak dla mnie, doskonały pomysł. I równie doskonały pomysł mamy tutaj na wroga do pokonania. Nie jest to przecież morderca typowy jak w innych kryminałach z tej serii, tylko ktoś pokroju Jagona, który jątrzy, intryguje, próbuje szkodzić i czerpie z tego perwersyjną przyjemność. I nie zabija osobiście, woli to robić cudzymi rękami. Niezwykle groźny przeciwnik. Może nie profesor Moriarty, ale mimo wszystko idealny przeciwnik dla Poirota, a zwłaszcza dla ostatniej przygody w jego karierze.
OdpowiedzUsuńSwoją drogą, to Agatha Christie nie cierpiała postaci przez siebie stworzonej i dlatego napisał tę powieść jakiś czas po tym, jak poczuła to uczucie niechęci do Poirota. Chciała w ten sposób zakończyć serię. Mimo to nie wydała jej, bo nie wiedziała, ile jeszcze powieści o nim napisze, a mimo niechęci do Poirota ostatecznie chciała na nim jeszcze zarobić. I udało jej się to. Ale nie zrealizowała swojego pomysłu, aby wydano tę powieść po jej śmierci. Wydano ją jeszcze za jej życia. Ale konsekwentnie nie chciała i nie pisała więcej o Poirocie. W podobny sposób potraktowała pannę Marple, drugiego największego detektywa ze swoich książek. A jeśli mowa o "KURTYNIE", to jej adaptacja filmowa jest ostatnim odcinkiem znakomitego serialu "POIROT" z Davidem Suchetem. Ekranizacje naprawdę udana, chociaż niepotrzebnie podkreślono w nim religijność Poirota, a sceny, w których ściska on różaniec są moim zdaniem lekką przesadą. Ale sam film jest mimo wszystko dobry i warto go obejrzeć, jednak po przeczytaniu książki.