Określenie „najnowsza powieść Stephena Kinga” pada myślę tak średnio raz w roku. To pisarz, który przyzwyczaił swoich czytelników do niezwykłej pisarskiej płodności. A jednocześnie nawet tych, którzy często rozczarowują się jego pewnymi tworami, potrafi utrzymać przy sobie i sprawić, by na następną książkę czekali w nadziei, że oto nadchodzi lepsze. Czy „Później” wynagrodzi niektórym gorzkie rozczarowanie, które odczuli po zbiorze opowiadań „Jest krew...” (które mi osobiście się podobało)? A może Mistrz Grozy przeszedł w całkiem nowy etap swojej twórczości i ten King, którego znamy, nie powróci już do czytelników?
W zapowiedziach można było przeczytać, że w najnowszej powieści Stephena Kinga czytelnicy znajdą wszystkie te elementy, które uczyniły z autora Mistrza Grozy, a także jednego z najpoczytniejszych pisarzy świata. Czyli opowieść z dreszczykiem, historię dorastania, młodego bohatera oraz wątki związane z literaturą. Jednak czy po wrzuceniu tego wszystkiego ponownie do jednego kapelusza, Stephen King da radę wyciągnąć z niego coś nowego?
Autor skupia się na postaci Jamiego, który od najmłodszych lat widzi zmarłych i potrafi z nimi rozmawiać. Chłopiec, choć z początku przerażony swoim talentem, powoli uczy się go używać, chcąc na przykład pomóc nie tylko swojej mamie, ale też jej dobrej przyjaciółce Liz. Gdy okazuje się, że życie kilkuset osób zależy od znalezienia jednego ducha i wydobycia z niego informacji, Jamie decyduje się pomóc policjantce. Nie wie jednak, w jaki sposób wpłynie to na jego życie.
Stephen King nie śpieszy się, a czasami można odnieść wrażenie, że celowo jeszcze bardziej spowalnia fabułę. Powoli buduje napięcie od niewinnych duchów, które żartują z naszym bohaterem, do tych najstraszniejszych, które sprawią, że ciarki przejdą nam po plecach. Nietrudno zauważyć, że w tej historii zamiast na standardową grozę, autor postawił raczej na przywiązanie się czytelnika do głównego bohatera. A ten jest tak przesympatyczną postacią, że aż ciężko było się z nim rozstać.
To melancholijna opowieść o splecionych ze sobą światach żywych i umarłych oraz o obcowaniu ze śmiercią od najmłodszych lat, gdy ta czeka na każdym rogu i pojawia się w najmniej spodziewanym momencie. To opowieść o obcowaniu z nią na co dzień, niezależnie od tego, jak młody jest człowiek. Jej cień zawsze gdzieś tam jest, nawet jeśli usilnie próbujemy ją ignorować.
To King w tej odsłonie, w której czytelnicy go uwielbiają. Ten stary Mistrz Grozy, który zachwycał nas na przykład w „Joyland” czy "Miasteczku Salem". Z pozoru leniwie snująca się opowieść, tak naprawdę nie wypuści czytelnika ze swoich objęć, aż do ostatniej strony. Bo choć pozornie strachów jest tam mało, zwłaszcza na samym początku tej historii, to autor cierpliwie prowadzi nas jej ścieżkami, by na samym końcu odkryć wszystkie swoje karty. Że w tej historii przerażać nas mają nie same zjawy, ale ludzie.

Nie jestem miłośnikiem Kinga i jakoś mało lubię jego książki. Tego rodzaju groza i to jeszcze jak dokładnie opisana, zdecydowanie nie jest tym, co mnie ciekawi. Ale muszę powiedzieć, że to brzmi ciekawie, bo fabuła tej powieści bardzo mi przypomina ten słynny film "SZÓSTY ZMYSŁ" z Brucem Willisem. Naprawdę bardzo ciekawa historia, choć raczej dla ludzi o mocnych nerwach.
OdpowiedzUsuń