Colleen Hoover to autorka książek o miłości, która ma wielki talent do wymyślania wyjątkowo chwytających za serce historii. Dlatego po kolejne jej publikacje sięgają coraz liczniejsze rzesze fanów, a nakłady rozchodzą się w błyskawicznym tempie. Osobiście po raz pierwszy zetknęłam się z książką tej autorki, więc nie wiedziałam czego się spodziewać, jednak oczekiwałam po lekturze bardzo wiele, nastawiłam się na książkę z górnej półki i oczywiście się nie rozczarowałam.
Główni bohaterowie spotykają się przypadkiem w restauracji. Ona prowadzi burzliwą wymianę zdań z ojcem, który zamiast wpierać córkę podcina jej skrzydła. On przysłuchuje się tej rozmowie i wkracza w środek rodzinnej dyskusji przedstawiając się jako chłopak Fallon. Dziewczyna w pierwszym momencie jest zaskoczona, ale błyskawicznie podejmuję grę na zasadach jakie proponuje Ben. Oboje są sobą zauroczeni i zafascynowani od pierwszego wejrzenia. Ona ma jednak w planach wyprowadzkę do Nowego Jorku, on postanawia nie rezygnować z tej znajomości i proponuje Fallon coroczne randki w dniu, w którym się poznali – 9 listopada. Ta data ma być dla nich wyjątkowa i ma zmazać smutne wspomnienia z pożaru jaki przeżyła dziewczyna, a jaki oszpecił jej ciało bliznami. Czy to początek wielkiej miłości? Czy to prolog związku na całe życie czy może tylko młodzieńcze zauroczenie? Czy te spotkania zakończą się happy endem czy rozstaniem?
Ta powieść to przepiękna książka o młodych ludziach, którzy u progu dorosłości dostają od losu prezent. Ich drogi się krzyżują, a tym samym mogą oni odkryć piękno uczucia. Zyskują na tym także czytelnicy, którym dane jest przeżyć niezwykłe emocje. Ta historia od samego początku przyciąga uwagę i otula niczym jesienna mgła. Realny świat wokół blednie i szarzeje, odpływa w dal, a liczy się tylko to, co rozgrywa się na kartach powieści. Tym uczuciem się żyje i oddycha. Łzy płyną z oczu, a serce bije mocno. Czyta się ją z wypiekami na twarzy, a treść uwodzi. Wrażliwy czytelnik nawet nie wie kiedy ta historia odsuwa od rzeczywistości i zabiera do świata, w którym króluje emocjonalny rollercoaster. Takiej lektury się nie zapomina.
Próżno szukać w niej słabszych stron, bo jest doskonała, przemyślana i dopracowana w każdym calu. Nie dziwią zatem wysokie oceny i pozytywne opinie. Przy lekturze przydatne będą chusteczki do ocierania łez i krótkie przerwy na zaczerpnięcie oddechu. Tę powieść musicie przeczytać, jeśli kochacie prozę Colleen Hoover, ten tytuł musicie poznać jeśli nigdy nie sięgnęliście po publikacje tej autorki. Jestem pewna, że będziecie zadowoleni z wyboru właśnie tej książki. Z całego serca i duszy polecam.

Brzmi całkiem interesująco, w zasadzie jak przepis na dobrą komedię romantyczną. Cała historia naprawdę dobrze się zapowiada. Ale... Ponieważ zwykle w każdej dobrej historii jest jakieś "ale", mam niedobre przeczucia względem tego ronienia łez. O co tu może chodzić? Czyżby zakończenie tej historii nie było szczęśliwe? W zasadzie cała ta opowieść przypomina mi pewien film, który jakiś czas temu przypadkiem obejrzałem w telewizji. Chyba grała w nim Anna Hathaway. Nie pamiętam tytułu, ale pamiętam, że tam para przyjaciół też się spotykała ze sobą co rok w konkretną datę, niby się do siebie zbliżali, ale potem odpychali, a potem on się ożenił z inną, mieli córkę, żona go zdradziła, rozwiedli się, a on potem spotkał ponownie przyjaciółkę, wreszcie się pokochali jak trzeba, pobrali, a gdy wszystko zmierzało ku happy endowi, ona zginęła w wypadku, a on potem córeczkę oprowadzał po miejscach, gdzie poznał swoją ukochaną. Taki film mi się skojarzył. Nie mam pojęcia, czy to adaptacja tej właśnie książki, ale konwencja brzmi bardzo podobnie. Mam zatem pytanie, czy w książce tak wygląda akcja? Liczę na odpowiedź, choćby w sferze prywatnej. Bo jestem ciekaw, czy dobrze kalkuluję. A wracając do powieści, brzmi interesująco i z potencjałem. Tylko to ronienie łez mnie niepokoi. Czy to łzy wzruszenia, czy też może rozpaczy, bo zakończenie zawodzi? Chętnie się dowiem :)
OdpowiedzUsuń