I tak oto zostawiłam za sobą pierwszy tom nowej serii Sarah J. Maas "Księżycowe miasto", czyli "Dom ziemi i krwi". Druga część naprawdę dała mi ostro popalić jeśli chodzi o tempo akcji, ale o tym więcej powiem w dalszej części recenzji.
Bryce Quinlan - bystra i piękna czerwonowłosa dziewczyna półkrwi Fae, którą poznaliśmy w pierwszym tomie „Księżycowego Miasta” prowadzi śledztwo, by odkryć, kto stoi za śmiercią jej najbliższej przyjaciółki. Chce się też dowiedzieć, gdzie zniknął prastary artefakt, który wedle legend umożliwia otwarcie bramy do innych światów. Przed potworami i innymi zagrożeniami czającymi się pośród cieni chroni ją upadły anioł Hunt Athalar. Między tym dwojgiem powstaje najpierw nić porozumienia a potem przyjacielska więź, która powoli przeradza się w uczucia. Niestety nie mogą się skupić na sobie, bo co rusz wpadają w wir wydarzeń, które w końcu stają się tak dramatyczne, że ich cały świat może się w każdej chwili zawalić. Czy Bryce w końcu dowie się prawdy? Czy między nią, a Huntem zatryumfuje uczucie? Co Bryce skrywa przed światem?
Autorka ponownie zafundowała mi uczuciowy rollercoaster. Akcja nie zwalniała nawet na chwilę, śledztwo z każdą chwilą coraz bardziej nabierało rumieńców. Jednak niestety, ponownie spotkałam się tutaj z typowym schematem rodem z komedii romantycznej oraz pozostałych książek Maas. A jaki to schemat to nie powiem, żeby zbyt dużo nie zdradzić. Myślę jednak, że wierni czytelnicy tej autorki powinni się zorientować o czym mówię.
I niestety ten schemat trochę popsuł mi radość z lektury. Książka w pewnym momencie stała się naprawdę do bólu przewidywalna. Dokończyłam ją tylko ze względu na zagadkę kryminalną, która do końca mnie nurtowała, a jej rozwiązanie totalnie rozłożyło mnie na łopatki. I to była w sumie jedyna rzecz jaka mi się w tej książce tak naprawdę podobała.
Historia relacji Bryce i Hunta wywoływała rumieńce na mojej twarzy, jako iż naprawdę serdecznie tej dwójce kibicowałam i do końca miałam nadzieję, że ta dwójka jednak będzie razem. Z natury jestem romantyczką, dlatego każda taka historia uczucia pomiędzy dwojgiem szczerze zakochanych w sobie ludzi, których dodatkowo życie nie oszczędziło, sprawia, że podwójnie takiej relacji kibicuję.
Czy ta książka mimo wszystko mi się podobała i jestem w stanie ją polecić? Tak, jak najbardziej tak. Jeśli nie przeszkadza wam schematyczność i lubicie historie z drobnym dreszczykiem oraz nutą tajemnicy, to ta książka jest zdecydowanie dla Was. Pokazuje ona, że nie ma na świecie większej siły niż miłość i przyjaźń. Że te uczucia potrafią dosłownie kruszyć wszelkie mury i zacierać granice oraz dodają siły do życia i walki ze złem. Bo jeśli masz przyjaciela bądź kogoś znacznie bliższego, kto zawsze jest gotowy ruszyć ci z pomocą, to możesz być nie do zatrzymania i sprawić, że dokonasz nawet rzeczy pozornie niemożliwych. Jeszcze raz polecam serdecznie!

Aha, rozumiem. Bo myślałem, że poprzednia książka zakończyła śledztwo i w kolejnej części będzie już inna sprawa. Osobiście tak bym wolał, byłoby to, moim skromnym zdaniem, o wiele ciekawszy zabieg. Ale tak czy inaczej, to wszystko brzmi naprawdę dobrze. Zaintrygowało mnie jednak to zakończenie rodem z komedii romantycznych. Jestem osobiście bardzo ciekaw, co też miałaś na myśli. Mam nadzieję, że opowiesz mi o tym przy jakieś okazji. Ale skoro tak, to chyba oznacza, iż rzeczywiście nasza zakochana para była na końcu razem. Nie będę ukrywał, bardzo mnie to wszystko zainteresowało i podtrzymuję, że taka powieść zasługuje na jakiś porządny film lub nawet serial. Byle tylko wyszedł dobrze, bo naprawdę boję się, że powstałaby co najwyżej ekranizacja godna Netflixa, czyli masa efektów specjalnych, a mało dobrej fabuły i ciekawych postaci, że o poprawności politycznej nie wspomnę. Może zatem lepiej, iż jest tak, jak jest, chociaż przeciwko dobrej ekranizacji nie miałbym nic przeciwko. Ale zaznaczam - DOBREJ :)
OdpowiedzUsuń